Pozłotnictwo i nadzwyczajność, czyli przyjemne… (nie tylko) w Ikonie.

Pozłotnictwo i nadzwyczajność, czyli przyjemne… (nie tylko) w Ikonie.

No właśnie. Przyjemne, czyli jakie? Na przykładzie ikony.

Pozłotnictwo wymaga precyzji, dyscypliny, dokładności i doświadczenia (posiadam hmmm… prawie wszystkie te cechy).  Jest zupełną odwrotnością mojego malarstwa, które jest samo w sobie bardzo… ekspresyjne.

Stare mądre księgi (dla mnie wszystkie stare księgi są mądre) mówią, że prawdziwa Ikona powstaje co prawda ręką ludzką, ale przez natchnienie Ducha Świętego. Nie bez powodu istnieją konkretne „zasady”, których powinien trzymać się każdy szanowany ikonopis. Na obecnym etapie nie dorastam takiemu do pięt i wiem, że wiele osób ma się do czego przyczepić w moich malowidłach tego typu, ale może kiedyś osiągnę taki stan, że będę mogła z dumą prezentować moje „prawdziwe” ikony.

O samych ikonach kiedy indziej opowiem, bo dzisiaj będzie o czymś nieco innym.

Kocham pozłotnictwo. Uwielbiam te wszystkie jego uroki. Trochę chemii, trochę alchemii, jeszcze więcej precyzji i dyscypliny. Ale efekty są zdumiewające. I piękne. I ma wiele wspólnego z ikoną, ale nie jest tylko do niej ograniczone.

Długo uczyłam się wszystkich technologii, przepisów na mieszanki, grunty, pozłoty… dużo kleju kostnego ugotowałam, wiele płatków szlagmetalu zużyłam (na złoto mnie na razie nie stać), wylałam sporo pulmentu (takiego specjalnego „kleju”). wiem, że to pojęcia są nie zrozumiałe dla wielu z Was, ale na wszystko przyjdzie pora i objaśniać wszystko też będę dokładnie. Ale już nie dziś.

Oglądajcie.

Jak już wcześniej wspomniałam, pozłotnictwo nie ogranicza się tylko do ikon, czy złotych ołtarzy w kościołach. Można zastosować tę technikę w naprawdę wielu formach. Wkrótce pokażę Wam co ładnego jeszcze można „wyzłocić”.

I jeszcze na koniec niespodzianka (35×40 cm):

 

Serdeczności!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *